strona główna

Produkty filmopodobne

za tygodnikforum.onet.pl wg JANUSZ WRÓBLEWSKI
Publiczność w wiek u 20-25 lat przyznała honorowy tytuł największego knota lat 80. "Miłości z listy przebojów" Marka Nowickiego
Festiwale filmowe promują na ogół to co najlepsze. W Warszawie pomyślano na odwrót i postanowiono pokazać to co najgorsze. No i wyszła pierwszorzędna zabawa na lato.
Osobliwy antyfestiwal, zatytułowany "Jądro ciemności", został zorganizowany w znanym z kontrowersyjnych pomysłów warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej. Na imprezie pokazano 10 uznanych za najgorsze polskich filmów epok i stanu wojennego, m.in. takie arcydzieła kiczu jak: "Klątwa Doliny Węży" i "Powrót wilczycy" Marka Piestraka oraz "Lubię nietoperze" Grzegorza Warchoła. Po zakończeniu przeglądu odbył się plebiscyt. Publiczność w wieku 20-25 lat przyznała honorowy tytuł największego knota lat 80. "Miłości z listy przebojów" Marka Nowickiego, filmowi muzycznemu "na granicy zdziecinniałej kakofonii" - jak trafnie go niegdyś ocenił nieodżałowany Krzysztof Mętrak.
Zainteresowanie, jakie w sezonie ogórkowym wzbudziła ta impreza, przeszło najśmielsze oczekiwania, także organizatorów. Trudno było nie zauważyć, że publiczność, która przyszła do Zamku Ujazdowskiego, bawiła się na pokazywanych filmach jak na najlepszych komediach Barei i Piwowskiego. Warszawskie Kino Lab było oblegane. Przed pokazami gromadziły się masy młodych, inteligentnych ludzi, którzy z żalem odchodzili od kasy, jako że stale brakowało biletów. W dodatku przeglądowi towarzyszyła wrzawa medialna podkręcana obietnicą ogólnonarodowego głosowania na najgorszy film polski wszech czasów. Zmasowana akcja została uwieńczona uroczystym ogłoszeniem nazwiska laureata. Nieoczekiwanie został nim wybitny skądinąd reżyser i nasz felietonista Krzysztof Zanussi, którego wyróżniono za film "Damski interes". Niektórym zabawa w wybieranie najgorszego tytułu może się wydać jałowa. Czy nie lepiej spuścić kurtynę milczenia na cały ten chłam, przypominając retoryczne pyta nie Wojciecha Marczewskiego: "Drodzy koledzy, czy musieliście wszystkie te filmy nakręcić?". Odpowiedź nie jest prosta, tym bardziej że przy było nam nowe pokolenie widzów, urodzone w stanie wojennym, które siłą rzeczy niczego, co poprzedza epokę schyłku PRL, nie pamięta. Dla młodych owe wilczyce, nietoperze i węże, które straszyły z ekranów 20 lat temu, to już egzotyka, którą k u własnej przestrodze powinni poznać.
Z drugiej strony, młode pokolenie, będąc świadkiem fałszywych zachwytów nad najnowszymi, też nieudanymi dokonaniami naszych mistrzów ("Quo vadis" Jerzego Kawalerowicza, "Ogniem i mieczem" Jerzego Hoffmana) - i nie tylko mistrzów - może odczuwać głęboką potrzebę obśmiania czegoś, co jest jeszcze gorsze. Głupoty, by tak rzec, krystalicznej, w której odbija się cała mizeria współczesnego k i na . Wreszcie - kicz ma jednak swój nieodparty wdzięk . Cóż można było dostrzec, zanurzając się w mroczne otchłanie jądra ciemności? Z przepastnego oceanu polskiej kinematografii dało się wydobyć kilka poukrywanych w ni m szkieletów. Przede wszystkim " Piggate" - debiut fabularny Krzysztofa Magowskiego sprzed 12 lat. Ten kuriozalny thriller medyczny, dziejący się w scenerii amerykańskiej, o zamianie zdolnego, aczkolwiek nie całkiem sprawnego seksualnie, profesora transplantologii w świnię, wzbudził we mnie tak głębokie zażenowanie, że nie odmówię sobie prawa do nazwania go najbardziej męczącym filmem minionej dekady. Z tego, co mi wiadomo, "Piggate" nie doczekał się jeszcze dystrybucji - nie dziwię się - dla porządku odnotuję tylko, że pojawiają się w nim chyba po raz pierwszy na taką skalę wulgarne sceny zoofili i, których nic nie jest w stanie zneutralizować, nawet niezwykle dynamiczna akcja, w której trudno się połapać, kto kogo w jakie zwierzęta zamienia i dlaczego. Poza tym moją uwagę zwrócił idiotyczny film szpiegowski "Oko cyklonu" (również nierozpowszechniony) - rozgrywający się w małopolskiej leśniczówce tuż przed zakończeniem II wojny światowej. Dochodzi w nim do pojedynku trzech wywiadów - brytyjskiego, niemieckiego i polskiego, z tym że nie bardzo wiadomo, który z bohaterów reprezentuje jakie siły. Klimat toczącej się tu walki oddaje proste zdanie oficera Wehrmachtu skierowane do kolegi z SS w obecności urodziwej wieśniaczki, o której względy zabiegają: "Strzelaj, ty pospolity zbrodniarzu".
Większość produkcji tamtego czasu jest tak beznadziejna, że aż trudno w to uwierzyć. Niektóre pod względem psychologi postaci przypominają siermiężne, bawarskie filmy pornograficzne. Miłość wyznaje się w nich beznamiętnym tonem po to tylko, by jak najszybciej zrzucić ubranie i zaprezentować wdzięki. Aktorzy robią dziwne miny, mają wyraźne trudności z odgadnięciem emocjonalnego tła scen, deklamują teksty jak w szkolnym teatrzyku, nie rozumiejąc, co grają ani jaki jest sens całości. W filmach muzycznych (lata 80. to renesans tego gatunku w naszym k raju) akcja rozwija się leniwie, głównie po to, by dobrnąć do kolejnej piosenki łopatologicznie interpretującej zamierzenia reżysera. Charakterystyczna wydaje się pod tym względem " Alicja" Jacka Bromskiego i Jerzego Gru zy - dzieło rozgrywające się w którymś z krajów europejskich, lecz kręcone w socjalistycznej Warszawie. Zapadają w pamięć przede wszystkim nieporadne podskoki Jean-Pierre Cassela w hallu fabryk i telewizorów w rytm muzyki ściągniętej z filmów Kena Russela.
W katalogu czytamy "Dla złych filmów najlepszym okresem (pominąwszy socrealizm) były lata 80. - właśnie wtedy zrealizowano najwięcej obrazów, które można nazwać komedia mi mimo woli, tak absurdalnych i nieudolnie zrealizowanych, że dziś zasługują na miano kultowych". Namawianie publiczności, by przestała w nich widzieć wyłącznie błędy i spróbowała na nie spojrzeć jak na niezamierzone parodie pewnych gatunków filmowych, jest oczywiście ryzykownym pomysłem marketingowym organizatorów przeglądu. Z perspektywy lat niektóre z nich faktycznie jednak nabrały cech groteskowych, których wcześniej nie posiadały, dzięki czemu ogląda się je chwilami z prawdziwą przyjemnością (co nie znaczy, że stały się przez to odrobinę lepsze). Chociażby taka "Klątwa Doliny Węży" Marka Piestraka. Zdumiewający przykład nieudolności realizacyjnej pod każdym względem. Gumowe węże skaczą z sufitów, buddyjscy mnisi strzelają z karabinów, starożytne posągi zieją ogniem, kosmici atakują, słowem koszmar. A jednak ta rodzima podróbka przygód Indiany Jonesa autentycznie śmieszy. Sceny z prymitywnymi efektami specjalnymi, wykonane na ubogim sprzęcie niskiej klasy, wyglądają dziś tak sztucznie, jakby były robione w odległej epoce kina niemego. Powtarzane po raz dziesiąty w ciągu godziny stwarzają wrażenie ironii i dystansu. Nadęta powaga aktorów (m.in. Romana Wilhelmiego w roli czarnego charakteru i Krzysztofa Kolbergera) świetnie koresponduje z przerysowaną i pozbawioną logiki fabułą. Wszystko razem tworzy piorunującą mieszankę, której trudno się oprzeć, co potwierdziła publiczność nagradzając oklaskami najbardziej kretyńskie momenty. Cierpliwie oglądano nawet tak zabójcze dla wyobraźni sceny jak przemiana Igora Przegrodzkiego w potwora. Wróżę temu filmowi długi żywot na klubowych pokazach. Tak samo zresztą jak i festiwalowi.