| Nie łudźcie się, nie ma punktu G. W każdym razie autorom pracy opublikowanej w czasopiśmie "American Journal of Obstetrics and Gynecology" nie udało się zgromadzić wystarczających danych biologicznych czy anatomicznych, aby dowieść jego istnienia. To trochę tak, jak z UFO albo yeti: niektórzy przysięgają, że je widzieli, lecz naukowe przesłanki, mogące przekonać racjonalistów, są niewystarczające. |
| Kierujący badaniami na Uniwersytecie Pace w Nowym Jorku przyznają, że w czasach, gdy wiedza anatomiczna i metody badania tkanek nie były tak zaawansowane jak dziś, były powody do "wiary" w istnienie punktu G. Liczne podręczniki, redagowane przez wybitnych specjalistów z dziedziny kobiecego seksualizmu, zajmowały się tym zagadnieniem i dokładnie lokalizowały ów słynny punkt. "Mieści się on na przedniej ścianie pochwy, mniej więcej na jednym centymetrze powierzchni, pomiędzy jedną trzecią a połową odległości od ujścia pochwy" - czytamy w pewnym tekście uniwersyteckim z 1999 roku. Jednakże nowe badania podważają tę tezę. |
|
Szukaj, może znajdziesz Termin określający tę strefę erogenną powstał w 1982 roku. Po raz pierwszy pojawił się w głośnej książce "The Point G" (napisało ją troje Amerykanów: Ladas, Whipple i Perry). Opatrując punkt literą G, autorzy chcieli złożyć hołd człowiekowi, którego uważali za jego prawdziwego odkrywcę: lekarzowi Ernestowi Grafenbergowi, autorowi artykułu opublikowanego w 1950 roku w czasopiśmie "International Journal of Sexuology". Tekst ten dotyczył wrażliwości erotycznej przedniej ściany pochwy, strefy, którą - z uwagi na jej większe unerwienie - od dawna uważano za znacznie bardziej erogenną od ścianki tylnej. Prawdę mówiąc, Ernest Grafenberg nigdy nie wymienił żadnego ściśle określonego punktu, wręcz przeciwnie. W rzeczywistości sformułował taki wniosek: "Jakikolwiek punkt ciała kobiety może być pobudzony seksualnie; to do kochającej się pary należy znalezienie tych stref". |
| Począwszy od tego momentu uznano, że istnieje określony punkt, który - gdy się go właściwie pobudzi - powiększa się i doprowadza kobietę do niemal natychmiastowego orgazmu. Zwolennicy tego poglądu zaczęli więc poszukiwać "dowodów na istnienie" punktu G, ale nigdy nie wyszli poza anegdotę. Na przykład niejaki doktor Goldberg przeprowadził doświadczenie z jedenastoma kobietami. Po dokładnym palpacyjnym badaniu pochwy wszystkich ochotniczek doszedł do wniosku, że punkt G istnieje u czterech z nich. Odtąd wiadomo było, że jakakolwiek część pochwy (niczym się niewyróżniająca anatomicznie) reaguje na bodźce i może nawet wyzwalać orgazmy. |
|
Żeński orgazm Utrzymywano również, że punkt G to odpowiednik męskiej prostaty, a jego istnienie jest uzasadnione, ponieważ stanowi on gruczoł wydzielający śluz, jaki powstaje przy czymś w rodzaju wytrysku u kobiet. Rzeczywiście niektóre kobiety mogą w momencie szczytowania doznawać pewnego rodzaju wytrysku. Jednakże śluz - wykazujący pewne chemiczne podobieństwa do substancji wydzielanych przez prostatę - wydzielany jest przez gruczoły Skene'a, inaczej zwane żeńską prostatą, jak proponują niektórzy naukowcy. Tak czy owak, jeśli wierzyć badaczom amerykańskim, "gdyby punkt G istniał, z pewnością byłby czymś więcej niż systemem gruczołów i przewodu". Przez tak wrażliwą strefę na pewno bowiem muszą przebiegać zakończenia nerwowe, a nie kanały. |
| Autorzy nowej pracy są zdziwieni tak szerokim upowszechnieniem się poglądu, wynikającego z badania przeprowadzonego z udziałem tak nieznacznej liczby kobiet, którego rezultaty były tak mało przekonujące. Ponadto dziwi ich, że strefa, teoretycznie bardzo dobrze zlokalizowana, mogła przez lata uchodzić coraz wnikliwszym metodom analizy tkanek. Konkludują: "Punkt G pozostanie rodzajem ginekologicznego UFO: bardzo poszukiwanym, bardzo kontrowersyjnym, ale nigdy nie popartym obiektywnymi danymi". |